BÓL NIEWIADOMEGO POCHODZENIA

 

Poddając się niechętnemu przymusowi, którym jest badanie lekarskie, mamy zawsze ogólny obraz sytuacji. Coś boli, chrupie, bądź łupie. Nawet jak nie wiemy dokładnie co, wiemy gdzie. Posiłkujemy się dodatkowo symptomami pomocniczymi – jakaś sraczka, gorączka, kaszel, czy inne cholerstwo, które jak na cholerstwo przystało, ładnie określa przypadłość.

Mało tego. Poza (nie)licznymi wyjątkami hipochondrycznej nudy przyświeca nam jeden cel – ZDROWIE. Albo przynajmniej lepsze samopoczucie, tudzież pozbycie się bólu. Cacy, prawda? Nic tylko, nadać chorobie odpowiednią nazwę i wyznaczyć kierunek ozdrowienia. Tu tableteczka, tam jakiś masażyk, czasem ktoś coś w ciałku podłubie, mniej lub bardziej inwazyjnie i tadam. Życie toczy się dalej.

Chyba, że nie wiemy, co i gdzie boli, a u doktorka na tapecie lądujemy z bliżej nieokreślonych przyczyn. Bo gdzieś, coś tam brzęczy i dręczy. Ale co? Nie wiadomo. Bo tu impreza, tam praca, pomiędzy jakaś inna adrenalina. Jakieś zajęcie, jakaś afera. Życie sąsiadów, znajomych i znajomych znajomych. Polityk bije polityka, a Kiepski Ferdek niesamowicie zajmujące piwsko popija.

I żesz cholera, że coś tam w środku się odzywa. Swędzi, drapie i daje do zrozumienia, że czegoś nam brakuje. Że czegoś chcemy, za czymś tęsknimy, że czegoś pragniemy.  A czego? Sądzimy, że od lekarza się dowiemy.
I wiecie, co? To działa! Nawet bez badania.

Suplement na zgagę odchudzi, ten na wątrobę utuczy, a jakieś zioło z apteki napełni szczęściem niebiańskim. I takiego kopa energii zapoda, że króliczki duracella wymiękną. A skoro jakimś cudem połączenia mózgowe zaiskrzyły i myślisz, że…Mylisz się! Doktór to spec. Od gotowania, urody i brzydoty, od dobrego samopoczucia i pozytywnego myślenia, od stajlingu i brandingu. Od nogi, ramienia i brzucha.

Bo doktorów mamy od groma. I już się nie obawiaj samodzielnej, ciężkiej doli.
Im więcej zapłacisz, tym więcej doktor przebada i powie, gdzie boli…nawet jak nie boli.

 

 

2 Komentarze

Dodaj komentarz