EGOIZM. ŚWIADOMOŚĆ WŁASNYCH POTRZEB.

Są chwile kiedy ciągnięcie czczych rozmów sprawia mi przyjemność. Obserwuję rosnące emocje i coraz wyraźniejsze intencje dyskutanta. Bo jakieś intencje zawsze są tylko bardzo często wyrażone w białych rękawiczkach. Tak różnie od mojego BEZPARDONU, którego łatwość i przejrzystość zdobyły moje serce. Lubię kiedy spada zasłona, kiedy iluzja słodyczy pryska. Skupianie uwagi na czymś pozornie błahym pozwala również rozładować nadmierną ilość energii, dla której nie potrafię jeszcze znaleźć odpowiedniej formy. Ot, cała prawda. Pejoratywne posądzenie mnie o egoizm kończy jednak zabawę.

Kiedy człowiek zostaje sam, ma całą przestrzeń do namysłu. Opada iluzja za iluzją, a wiele przekonań zaczyna się prostować.

Bo o czym tu dalej dyskutować? Ostatnie trzy lata poświęciłam na mozolne skupianie się na sobie. Na dokopywaniu się do własnych pragnień, które w pewnym momencie spadły do pułapu przedśmiertnego. I naprawdę wiem, o czym piszę, bo byłam najwierniej poświęcającą się ofiarą w całej rodzinie. Przez pokaźny czas odbywałam nawet bezpłatny 24-godzinny staż tłumacza i wyręczyciela, na czym niektórzy dorobili się sporego grosza. Za dziękuję, a czasem i nawet nie to. I przez cały ten czas byłam przekonana, że tak trzeba. Że na tym polega dobroć głoszona przez chrystusowych popleczników. I wiecie jak reagowałam na próby uświadomienia? Oczywiście obelgą per „Egoistka!”.

Punktem zwrotnym okazał się właśnie stan bez pragnień, kiedy pozwoliłam wyssać z siebie wszystko, a ciało odmówiło posłuszeństwa. I miało do tego prawo! Kiedy człowiek zostaje sam – opuszczony przez przyjaciół, którym nie ma siły się już podporządkować, uciekający od wyzysku w postaci dwunożnych homo sapiens – ma całą przestrzeń do namysłu. Opada iluzja za iluzją, a wiele przekonań zaczyna się prostować. Aż przychodzi bunt. Zaczynamy mówić „nie” – początkowo cicho i nieporadnie. By nie wyjść na histeryka – bo to wstyd i hańba. Wciąż uwikłani w gierki społeczne zauważamy początkowo tylko czubek góry lodowej. O ile jednak uparcie trwamy przy swoim, zaczynamy coraz głębiej schodzić pod wodę. Odkrywamy każdy wyzysk, który rozpieprza nas od środka. I każdy ukryty motyw, który pali nam facjatę wstydem. Na końcu wyłania się największa winowajczyni – POTRZEBA.

Jak sierotki Marysie staramy się zawzięcie zasłużyć na posiadanie potrzeb, na pozwolenie do pragnienia. Nie mówimy prost, tylko kluczymy, mając innym za złe brak domyślności.

Bo jest próżna, śmieszna i nieważna. Więc się od niej odcinamy. Spychamy ją do obornika podświadomości by gniła i smrodziła. I wychodzimy do świata mówiąc, że my nie nic potrzebujemy, a jak już, to maciupeńko. Tacy jesteśmy radośni, bezikiem popierdujący i zawsze chętni do pomocy. Tylko dlaczego? Bo smród choć podświadomy jest upierdliwy i tworzy ułudę. Że jak się poświęcimy i oddamy ostatni grosz, to nam spadnie złoty okruszek z pańskiego stołu i ubogaci życie na nowo. Nagrodzi za krzywdę i poniżenie. Czasem się zdarzy, że kompost tak zaleci smrodem, że w porywie chwili wypalimy – CHCEMY! PRAGNIEMY! I co? Odmowa. Potwarz. Wyśmianie, które potwierdza nasze zdanie o własnej bezwartościowości. Bo jak się jest nieważnym, to się nie zasługuje. Na nic.

A więc jak te sierotki Marysie  staramy się zawzięcie zasłużyć na posiadanie potrzeb, na pozwolenie do PRAGNIENIA. Nie mówimy wprost, tylko kluczymy, mając innym za złe brak domyślności. Bo jak potrzeby są złe i w ogóle be, to niech chociaż ktoś zwróci uwagę na naszą biedną delikatność i skromność. W pocie czoła nie zauważamy, że każde przekonanie zmienić można nie tylko siłą, ale również oporem. I cierpliwością. Nie wystarczy powiedzieć raz, czego się pragnie. Trzeba jeszcze przy tym trwać i wymagać. I BRAĆ! Działanie napędza stworzenie. A wnioski nadają kierunek działaniu.

A bez tego? Otaczać nas będą sami wyzyskiwacze i naciągacze. I egoiści, którzy mnożą się jak przesłodkie króliczki. A wśród nich – ja. Dumna Egopozytywna. No i o czym tu dyskutować?

Dodaj komentarz