KONIEC ŚWIATA NADCHODZI!

Koniec świata nadchodzi! Ostrzegam, żeby nie było. Ognie piekielno-słoneczne tak Wam przyjarają odwłoki, że najlepszej jakości śmietana nie pomoże. Panthenol też nie. Deszcz się obrazi na Wasze dusze skąpane w doczesnych przyjemnościach i nie spadnie. Zatrzyma się w ciążących nad głowami chmurach, grożąc co rusz katastrofą urynalną. A między chmurami latać będą świnie. Będą zżerać ptactwo niebieskie i wypluwać je dolnym odcinkiem jelita wprost na ludzkie czerepu. Zapanuje ohyda!

Filmowe horrory można przeboleć…

I co, boicie się? Czy mam opisywać dalej? Bo wiecie,  kolejny raz przyuważyłam, że ludzie bardzo lubią się bać. I nie mam tu na myśli horrorów, gdzie nieszczęśnik zakuty w niewygodną maskę wyraża swoje niezadowolenie, masakrując współbratymców piłą mechaniczną. W takiej sytuacji odwracasz się jedynie z niesmakiem. Coś tam w środku podpowiada, że za twardawą maską muszą gromadzić się takie połacie potu i swądu, że świętego by ruszyło. A co dopiero tą kupę smutku i bolączki, której oliwy do ognia dolewa sama piła. Ciężkie toto cholernie, a Ty se człowieku z tym biegaj!

Filmowe horrory, choć często ciężkostrawne, można przeboleć. Tylko, że ludzie do tych na jawie też mkną w podskokach. Podasz komuś rzetelną, opartą na zdrowym rozsądku informację i co? Kręcenie nosem. Nuda. Wszyscy czekają na adrenalinę. A ta w końcu nadejdzie. W postaci jakiejś uduchowionej, bądź pokaranej trzecim okiem duszy. Pokaranej, bo przecież nie można pokazać, że przepowiadanie zgubnej przyszłości sprawiają radochę. Co to, to nie! Tu trzeba dostojności i sporej dawki klątw, nadchodzących nieszczęść i niedoli.

Najlepsza strategia marketingowa na świecie…

Człowiek szybciej uwierzy w duchy, złe energie i wilkołaka niż w siłę własnej woli. Przesiedzi w domu cały piątek trzynastego trzęsąc portkami, zamiast zaryzykować i wyściubić nochala na słońce. Bo a nuż spadnie deszcz. A jak mu zaoferujesz zgrabną klątwę i przepowiednie wiecznego nieszczęścia w miłości? Śmiem twierdzić, że pod maską srającego kota w krzakach wywinie koziołki z uciechy. Wreszcie i on ma się czego uczepić, czym wzbudzić zainteresowanie. Bo kogo do cholery interesuje jakaś tam wolność, spokój ducha, optymizm, czy inne myślowe wygibasy…

Tak sobie myślę, że kościelni najemnicy obrali najlepszą strategię marketingową na świecie. Wystarczy porządna apokalipsa, jakiś piorun, to tu, to tam, albo lepiej grzmot, trochę niezrozumiałych symboli i reklama gotowa. Jedyna reklama na świcie, która bez ciągłych unowocześnień chwyta za serducha od dwóch tysięcy lat. I to z hakiem!
Więc i ja postanowiłam skorzystać. Bo czemu by nie? Apokalipsa wg. Egopozytwnej. Latające świnki, kupa i inna ohyda …I jak, boicie się?

 

Dodaj komentarz