MOC KOBIECEGO CIERPIENIA

Moc kobiecego cierpienia

Moc kobiecego cierpienia, czyli przemiana żaby w Romea

Analizując ostatnio kobiecy pęd do cierpiętnictwa, powróciłam myślami do pewnej paskudnej – w mojej opinii – książki. Nie paskudnej, bo źle napisanej. Przeciwnie. Powieść była fantastycznie skonstruowana, język tak wciągający, że gdyby nie usprawiedliwienie sadyzmu, trudno byłoby się od niej oderwać. I wiele kobiet się nie oderwało. Moc odpowiednio dobranych słów jest potężna. Manipuluje umysłami i wpływa na postrzeganie zła, która nagle jawi się nam jako dobro. W książce bowiem opisane zostały losy ograbionej z rodzicielskiego ciepła 18latki, która wpada w ręce handlarza i trenera seksualnych niewolnic. Jest gwałcona i torturowana. Straszne, prawda?

Nie potrafiłam przebrnąć przez zgrabne opisy wymyślnych praktyk sadystycznych. Zgrabnie, bo autorka do cierpienia dziewczyny wplatała coraz to więcej opisów jej rosnącej fascynacji dręczycielem. Był on bowiem tak przystojny, że serca niewieście stawały w zachwycie, a majtki same opadały na widok i doświadczenie jego stanowczej męskości. Same ochy i achy. Jak więc można oskarżać o gwałt adonisa? Fakt, podniosły się gdzieniegdzie głosy oburzonych czytelniczek. Logicznie uświadamiały, że nadanie gwałcicielowi wyglądu gwiazdy filmowej jest zabiegiem przemyślanej manipulacji. W przeważającej większości szerzył się jednak zachwyt nad przemocowym Romeem.

Cierpienie, które rodzi wyrzuty sumienia…

Ciepłe uczucia wobec sadystycznego gwałciciela wzbudzał fakt jego tragicznej przeszłości. Jako małych chłopak został bowiem porwany i również brutalnie wytresowany na niewolnika. Moje serce niezbyt uległo wzruszeniu. Tonęło za to w oburzających emocjach, których głowa za cholerę nie mogła pojąć. No bo jak do jasnej i ciemnej cholery można zrobić romans z happy endem z gwałtu i sadyzmu?! Bo tak, na koniec były ćwierki, cukierki i białe gołąbki. Ona wybaczyła, on kajał się zapewne do końca życia i szczał z wdzięczności po kątach. Eh. Naprawdę coś mi się wtedy w zwojach mózgowych poprzepalało przy próbie zrozumienia niezrozumiałego. No i ten cały zachwyt kobiecych czytaczek…

Byłam zniesmaczona. Bo wiecie, na podstawie samej reakcji na książkę można było wysnuć jeden wniosek – kobiety pragną cierpienia. Chcą być bite i zdominowane. Znajdują w tym przyjemność. Podobne przesłanie niosła jeszcze wytrawniejsza pozycja o pięćdziesięciu odsłona pewnej twarzy. Ją jednak pozostawię na razie bez większego odnośnika. Nie ma we mnie wystarczającej cierpliwości i pokory na czytanie niektórych dzieł. Ani oglądanie, bo filmu też próbowałam, ale nie przetrwałam pierwszych 10 minut. W każdym razie wniosek o pragnieniu cierpienia i zdominowania był dla mnie wtedy nie do przyjęcia.

Trud zastąpić cierpieniem…

Minęło kilka lat, przybyło trochę doświadczenia i wiedzy. A wraz z nią przywędrowało zrozumienie. I wiecie co? Kobiety naprawdę chcą cierpieć. Pragną też zdominowania, choć oczywiście nieświadomie. Albo i świadomie, w końcu niektóre się do tego śmiało przyznają. Nie chcą bowiem mieć na karku całego trudu tego świata. Nie chcą walczyć o swoje, zdobywać kolejnych szczytów górskich, rozwijać się do przodu, a nie wstecz. Wszystko to wiąże się z trudem i rozczarowaniem, który dla wielu kobiet jest symbolem największego cierpienia. Wolą więc się poddać, oddać we władanie komuś, kto się o nie zatroszczy. A jak zapewnić sobie troskę? Cierpieniem. To też trud, ale w nadziei, że przyniesie owoce.

Z jednej strony panuje wciąż przekonanie, że warto pocierpieć dla późniejszych efektów w postaci ułożonego, zreformowanego partnera, który dodatkowo nas utrzyma. Ba! Zrobi to chętnie uwikłany w system wyrzutów sumienia. Bo przecież on był dla niej taki zły, taki niewdzięczny i sprawił jej tyle cierpienia, że teraz z ochotą będzie dźwigał ją na piąte piętro do mieszkania. Specjalnie nie skorzysta z windy żeby udowodnić jej jak bardzo mu żal…Ah, aż się łezka w oku zakręciła. Albo zakręciłaby się gdyby nie karty historii, które jasno dowodzą, że to pic na wodę. Albo wódę, jak kto woli. Panom zwykle dużo dalej jest do masochizmu. Chętniej wybierają drugi biegun. Podkreślam słowo zwykle, bo oczywiście generalizuję, a u podłoża gustów i guścików leżą zawiłości w wykorzystaniu energii żeńskiej i męskiej, a nie kobiecości i mężczyzności.

A jednak warto cierpieć o trwać…

Fakt pozostaje jednak faktem. Wiele kobiet ma zamiłowanie do cierpiętnictwa, które jest podświadomym zabiegiem sprytnej manipulacji, mającej na celu wywołanie wyrzutów sumienia. Z tym, że wyrzuty sumienia są świetnym batem na masochistów. Na zwyczajnych panów nie działają. A na sadystów działają z proporcjonalną odwrotnością. Cierpienie generuje zatem więcej cierpienia, gwałciciel nie zostaje świętym, a happy endy w obszarze makabre art się nie sprawdzają. Karmią natomiast pustymi kaloriami spragnione miłości serduszka kobiet. A te rozdymają się niebezpiecznie i tworzą coraz trwalsze iluzję, że jednak warto cierpieć i trwać, zamiast zmieniać i działać.

Dodaj komentarz