O KOBIETY PROWADZENIU

Chciałoby się napisać ‚kiedyś tam’, ale tak naprawdę w niedalekiej przeszłości zwrot ‚poddaj się męskiemu prowadzeniu’ wprowadzał mnie w stan takiego wkurwu, że łacina podwórkowa wraz z podwójną sesją biegową nie dawały ukojenia. Były niczym delikatna mżawka na rozszalały ogień leśnego drzewostanu. Upokorzona – tak się czułam! Dlaczego? Bo bycie przez całe życie prowadzoną – przez brata, ojca, męża czy innego mężczyznę – implikuje dość wyraźnie pewien niedorozwój umysłowy. Albo przynajmniej poważną niezaradność życiową, która ma jednak mało wspólnego z kobiecą delikatnością – wynoszoną na piedestały usprawiedliwienia. 

Długo szukałam wytłumaczenia, odpowiedzi, które pozwoliłyby mi zobaczyć kobiecość w innym świetle. Nie jako przeszkodę, ale trampolinę do wyrażenia siebie. W końcu znalazłam. Przy okazji niechętnie, ale dostrzegłam, że upokorzenie jest jak mocna kawa o poranku – daje kopa do południa, emocjonalną dawką kofeiny. Zapewni taką dozę energii, że w trzęsiawkach poharatanego serducha można poczuć, że się żyje. I samemu się po nią sięga – w uzależnieniu od goryczy. Zrozumiałam, po klęłam sobie siarczyście, a nawet pochlipałam w poduchę – bo jak tu tak bez upokorzenia?! – i poszłam dalej. Ale o nieszczęsnym kobiety prowadzeniu nie zapomniałam.  Bo wiecie co? Prowadzić to se można – psa. Na smyczy. Albo innego zwierzaka. W tym nawet kota – ku mojemu wielkiemu niedowierzaniu…ale wiadomo – wynalazki.

Bo wiecie co? Prowadzić to se można – psa. Na smyczy. Albo innego zwierzaka.

Jednym z takich wynalazków był zapewne także schemat prowadzenia kobiet po meandrach życia, do którego wyżej wspomniane paradoksalnie miałyby się nie nadawać. Mimo faktu, że same te życie tworzyły i rodziły. Wynalazek tak dobrze wpasował się w trendy lękowe posiadaczy niedojrzałego ego – obojga płci – że nie tylko utrzymał się w lekko zmienionej formie przez tysiąclecia, ale przyczynił się również do powstania przeróżnych teorii. Religijnych, ezoterycznych, społecznych i innych „nych”. W tym do spłycenia istoty mężczyzny do energii męskiej, a kobiety do energii żeńskiej, z której to uczyniono energię kobiecą. (Bez dociekania z mojej strony na czym takowa miałaby polegać…)
Śmiem twierdzić, że wynalazek owy wciąż ma ogromną pulę wyznawców. I trudno się dziwić skoro stwarza uroczą iluzję wyzbycia się odpowiedzialności przez kobiecą społeczność. Iluzję bezpieczeństwa w niewiedzy i ignorancji. Nie zapomnijmy o panach, bo i oni ochoczo podążają za wizją własnej nieomylnej rambo-męskości.

Jaki jest rezultat? Wiadomo – rozczarowanie. Tak zwanego prowadzenia albo brak, albo jest tak wykoślawione, że wchodzimy niejednokrotnie w obszar patologii. Rambo – męskość rozbija napotkane niewieście lustra, bądź kuleje skopana przez trudy doświadczeń.  Przez żmijowy język zawiedzionej połowicy. Czasem nie tylko język. Bo nawet jak się kocha szczerze i mocno, z wielkim postanowieniem trwania i wzajemnego wzrastania….to ONA wprawdzie czegoś tam chce, ale sama nie wie czego. ON natomiast – rycerski jasnowidz i nieomylny czytacz kobiecej natury – choć często słyszy, że ona czegoś tam chce, to dogodzić jej nie potrafi. Albo sam nie chce. A na pewno nie wie, czego ona pragnie. Ba! On przecież nie wie nawet, czego sam pragnie. I podświadomie czeka, aż ona mu powie….

Tak zwanego prowadzenia albo brak, albo jest tak wykoślawione, że wchodzimy niejednokrotnie w obszar patologii.

Kto więc prowadzi i w kim szukać oparcia? Bezpieczeństwa i wsparcia? Własnej wartości? Nie wymyślę nic nowego pisząc: w sobie. Bo w każdym z nas bije serce, które przyciąga ku sobie, wskazując kierunek. Oświetlając drogę do brzegu niczym latarnia morska. Każdy z nas posiada również własną świadomość, która – gdy tylko się na nią otworzymy – zrobi wszystko by nasycić pragnie. Nie w mgnieniu oka, ale powoli natchnie nas zrozumieniem i pozwoli nieświadomości w nas ubrać się w formę – obraz w wyobraźni. W pomysł na drogę i na działanie. Natchnienie, które podtrzyma bądź wzbudzi pragnienie. O ile damy mu szansę. O ile wykorzystamy siłę naszego ego do kierowania uwagi na serce. A nie do ucieczki i wyparcia.

Więc jeszcze raz – prowadzić to my se możemy psa. Jakiegoś nie-kota. Albo dziecko za rączkę. Albo potrzebującego gdy nas o to poprosi. Nas samych natomiast prowadzi pragnienie. I świadomość – natchnienie. Nasi wewnętrzni rodzice, którzy wysyłają nam sny i inne znaki. Pomagają poznać samych siebie, uczą czytać. Dają dostęp do biblioteki – początkowo skromnej, domowej. W końcu do narodowej i może nawet do międzynarodowej. A w międzyczasie? Rzucą Ci zeszyt pod kopyta i każą pisać. Samemu i samej! Poprawią wprawdzie błędy w rozumieniu i obala iluzje, ale nie odpuszczą ćwiczeń i praktyki. A potem już tylko bum cyk cyk i będziemy sami tworzyć nasze historie. My, a nie ktoś za nas. Ani dla nas. Ani my dla kogoś i za kogoś.

Dodaj komentarz