PRZYPADŁOŚĆ MAŁYCH RĄCZEK

Pamiętam, jak kiedyś pewna znajoma próbowała mnie przekonać do zalet sprzątania, albo raczej do sprzątania jako czynności typowo kobiecej. Sprzątać nie lubię, ale mieszkanie w chlewie niezbyt mi odpowiada więc chadzam sobie na kompromis. W końcu i tak lepsze to niż gotowanie, przy którym kompromis jest najczęściej mocno naciągany. Znajoma lubująca się i w gotowaniu, i w sprzątaniu dowodziła, że kobiety posiadają tak malutkie rączki, że dotrą nimi do najmniejszych zakamarków. Panowie natomiast takich predyspozycji nie posiadają. Mało tego, oni nawet brudu nie dostrzegają!

Nie wiem prawdzie skąd Mańka – nazwijmy ją tak dla potrzeb moich ciągot literackich – wytrzasnęła swoją mądrość życiową, ale obiłam sobie kiedyś uszęta podobnym orędziem w wykonaniu pewnego księdza. On również dowodził z przemiłym uśmiechem pasterza, przemawiającego do przygłupiej trzody, że kobiece rączki zostały stworzone do prac domowych. Bo przecież męskie szycia nie ogarną, ani prasowania, ani odkurzania. Ksiądz używał głosu zwodniczego, bo bez zbytniego zabarwienia emocjonalnego, co nadawało jego retoryce pewnej dozy logiki. Pokrętnej, jak zwykle, ale logiki.

Mańka  rozczulała się za to rzewnie przy opisach świeżo nabytego partnera, który mimo zatwardziałych prób nie potrafił dokładnie odkurzyć, wytrzeć kurzy, czy też wypucować wanny. Dopiero jej bystre oko, za którym podążała mała rączka, dotarło do milimetrowych zacieków i utytłanych w brudzie progów i rogów. Średnia przyjemność, ale rozumiem, że każda istota obdarzona jest innego rodzaju odprężającą pasją. Jeden pójdzie pobiegać, drugi poćwiczy mięśnie zwieracza na fotelu przed kinem domowym. Ja porysuję, a Mańka posprząta, co tam komu po drodze. Ważne są efekty, a Mańka jaśniała jak brylancik na stercie gnoju, wspominając własną przydatność i dziecięcą nieporadność partnera.

Bo rzeczywiście, rozkosz dla oka musi być niepomierna – mężczyzna przejeżdżający niedbale ssawką odkurzacza po podłodze, skupiający ślepia na telewizorze. Albo dzikim pędem przecierający kurze na tym, co się akurat pod rękę nawinie. Też tak robię i jakoś nikt się nie zachwyca. I cholera, na brud nie oślepłam, ale to pewnie wina braku srebrnego ekranu.
I wiecie co, przez chwilę sobie nawet pomyślałam – przyznaję bez lania – że panom to jednak dobrze. Całe życie jak u mamy, która wyręczy, w stuknięty paluszek podmucha i łezki osuszy. A jak trzeba to i kijem od miotły odwłok ostuka. Za nieposłuszeństwo. Za brak wdzięczności. I ze zmęczenia.

Bo biologiczna przypadłość małych dłoni od zmęczenie nie uchroni. I dziw nad dziwi – jak mamuś brak, biologia przestaje przeszkadzać. Wada wzroku nagle zanika. Projektanci mody sami nawlekają igły. Legendarnie i na kant prasują żołnierze. A panowie chirurdzy swymi wielkimi łapskami dosięgają milimetrowych zacieków, ale w ciele.
A brud? W miarę rosnącego lenistwa można się przyzwyczaić. Po prostu.

2 Komentarze

  • Uśmiałam się 🙂 Uwielbiam Twój styl literacki. Pół żartem – pół serio, czyli równowaga!
    P. S. Mój mąż sprząta gotuje i prasuje, dzięki temu ma znaczną przewagę nad konkurencją 😉

Dodaj komentarz