SPADAJĄCE SAMOLOTY. TRADYCJA POKORY

Spadające samoloty winą tradycji pokory

O tradycji pokory wpajanej nam przez kościoły…

Usłyszałam ostatnio pewną marketingową anegdotkę o spadających samolotach w pewnej koreańskiej firmie. Otóż – żeby jakoś zacząć – firmy koreańskie raczej nie robią fuszerki. Również ich kadra jest na bardziej niż solidnym poziomie. Spadające samoloty – śmiem twierdzić niezbyt zachęcające do podniebnych podróży – okazały się zatem posiadać inną przyczynę, uniemożliwiającą dokonanie pozytywnego marketingu. O ludziach ‚upadłych’ nikt nie wspominał. Po co i na co komu martwy klient, prawda?

Spece od reklamy mają jedną zarąbistą zaletę. Zawsze wyniuchają, gdzie leżą pieniążki, a jak nie leżą, to wyniuchają jak je tam przyciągnąć. W tym przypadku też im się udało. Bo kto inny wpadłby na pomysł, że spadające samoloty to wpływ tradycji? I to nie byle jakiej tradycji, ale językowej! Kulturowej też, ale okazało się, że użycie najprostszego języka świata utrzymuje nie tylko samoloty w powietrzu, ale również łagodzi obyczaje. Skutecznie.

W Korei – tej ogólnie dostępnej – panuje bowiem obyczaj pacania ludzi młodszych – i mniej zamożnych, albo po prostu niższych rangą – po łbach. Odezwiesz się nieproszony? Pac! Skrytykujesz starszego? Pac, pac!! I jeszcze jeb! Co by było na przyszłość. Fizyczny przejaw agresji słownej utrwala bardzo mocno język, który wręcz nie dopuszcza udzielania reprymend starszym i ogólnie bardziej cenionym członkom społeczeństwa. I teraz wyobraźcie sobie pierwszego oficera, który ma za zadanie kontrolować kapitana i w razie potrzeby przejąć dowodzenie. Dość, że młodszy wiekowo, to i jeszcze rangą.

Nieszczęsny ‚gówniarz’ udziela reprymendy. Wije się, czerwieni, wśród tysiąca przeprosin pyta jeszcze, czy może i prosi o wybaczenie. Pac! Pac! Jeszcze zanim skończy otrzyma kilka pacnięć z automatu. Jedna śliwa pod jedno oko, druga pod drugie. A samolot sobie leci dalej. W dół. Nie zauważony w ferworze oburzenia i hańby. I wiecie co? Trzeba było aż speca od reklamy, żeby pokazał palcem, że pracowników się nie bije. I języka angielskiego, który skrócił wszystkie błagania, formy grzecznościowe i przeprosiny do jednego – przejmuję dowodzenie!

Cudowny przykład ślepej pokory wpajanej od stuleci. Jak na naszym przykościelnym (i nie tylko) podwórku. Śluby ubóstwa obfitują w złoto i wino, a celibat kończy się za drzwiami zakrystii. I poniżej dojrzałości, warto dodać. A lud milczy i wspiera, bo przecież tak trzeba. Bo sutanna niczym całun uświęca i grzechy obmywa. A za brak białego chleba w gębie ponoć nawet w piekle się obrywa. Bo jakiś bóg, który choć podobno w miłosierdziu się spełnia, to karać ludzi za wszystko i za nic też uwielbia.

Może więc i my się do speców od reklamy po radę zwrócimy?
Sprytnie i kreatywnie podnoszenia dupska z kolan siebie i innych nauczymy.
Jakiegoś grzecznego języka w czerep pomieścimy i będzie nam jak w niebie.
Bo przejąć dowodzenie to my już potrafimy. Tylko jeszcze nie za siebie.

 

Dodaj komentarz